Wykopki po 22. kolejce

Last modified date

W 22. kolejce nie mieliśmy już ani fajerwerków, ani wyników hokejowych. W kilku przypadkach mieliśmy do czynienia z twardą, ligową młócką. Dobrze, że choć w formie byli szkoleniowcy i zawodnicy w pomeczowych wypowiedziach.

Legionovia Legionowo – Lech II Poznań 0:0

Ciężko coś napisać o tym spotkaniu dwóch beniaminków. W zasadzie na początku przeważali gospodarze, potem pod koniec pierwszej i na początku drugiej połowy dominowali goście, a końcówka należała ponownie do Legionovii. Na nierównym boisku świetnie spisywał się jednak Miłosz Mleczko. Jego dobra postawa nie miałaby jednak happyandu, gdyby przy tym wszystkim nie miał odrobiny szczęścia. A to przydało się, gdy po serii rzutów rożnych minimalnie głowa obok słupka piłkę posłał Andrzej Trubeha. Rezerwy Lecha mogą więc cieszyć się z wywalczonego punktu, choć nie oddala on ich od strefy spadkowej. Legionovię także jedno oczko nie zadowala, bo i z gry wynika, że może być lepiej i w tabeli już nie widać nadziei.

Błękitni Stargard – Stal Stalowa Wola 0:0

Mecz odbył się bez publiczności i, mimo że na wcześniejsze spotkania w Stargardzie nie waliły tłumy, to można to było odczuć na boisku. Niby na początku mogła gola strzelić Stal, ale i gospodarze mieli swoje okazje. W 74. minucie w drugim wiosennym meczu drugi raz czerwoną kartkę obejrzał Szymon Jopek, co znaczne zmieniło obraz gry: – Mecz niewykorzystanych sytuacji. Do 70. minuty graliśmy o pełną pulę. Po czerwonej kartce szanowaliśmy ten punkt i to nam się udało – ocenił Szymon Szydełko. Z punktu także zadowolony był Adam Topolski: – Dalej odległość między nami a Stalówka wynosi 8 punktów, choć są zespoły, które powinny się za nimi znaleźć. Potrzebujemy jeszcze 9 punktów do 40, które naszym zdaniem są potrzebne do utrzymania. Dodatkowo szkoleniowiec gospodarzy mógł cieszyć się z udanego debiutu młodego bramkarza Dominika Sasiaka.

Pogoń Siedlce – Garbarnia Kraków 1:0

Obydwie drużyny bardzo potrzebują punktów i obydwie drużyny bardzo nie chciały tego meczu przegrać. To było widać, szczególnie w pierwszej części gry. – Graliśmy zbyt bojaźliwie w ataku. Przez ta bojaźliwość prosiliśmy się, że coś się stanie. Stało się po stałym fragmencie – mówił po meczu Łukasz Surma. – Mogliśmy tego uniknąć. Tę bojaźliwość potwierdził również szkoleniowiec gospodarzy. Zdradził, że specjalnie się do tego spotkania szykowali pod gości: – Taktycznie wiedzieliśmy, że Garbarnia gra trójka z tyłu. Tak trenowaliśmy cały tydzień. Trochę nas zaskoczył Łukasz (Surma) po przerwie, bo przeszedł na grę z czwórką obrońców – wyjaśniał Bartosz Tarachulski. – Od razu zareagowaliśmy i zdobyliśmy bramkę, z czego bardzo się cieszymy. Brązowi nie załamują jednak rąk i są świadomi swoich baków – Powtarzam w szatni moim zawodnikom, że nie jesteśmy jeszcze drużyną gotową i oni to wiedzą – zdradził trener gości.

Stal Rzeszów – Górnik Polkowice 1:2

Spotkanie dwóch beniaminków zakończyło się zwycięstwem gości, którzy z kolejki na kolejkę mają lepsze humory. Dokładnie odwrotna sytuacja ma miejsce w Stali. Po dobrym początku zespół punktuje coraz gorzej i przedsezonowe zapowiedzi o awansie brzmią coraz gorzej. Oberwało się za to na pomeczowej konferencji trenerowi Januszowi Niedźwiedziowi. Jeden z dziennikarzy zapytał go, czy nie ma sobie nic do zarzucenia i czy nie widzi, że zespół gra coraz gorzej. Szkoleniowiec gospodarzy powtarzał jednak uparcie: – Jeśli mecz rozpatrujemy w kontekście piłkarskim, to był jeden z gorszych, bo boisko nie pozwoliło dzisiaj na nic. Wszystko to, co trenowaliśmy, nie jest w stanie się udać. Oba zespoły lubią i umieją grać w piłkę. Dziś tego ostatniego nie było. Nie zazdrościmy trenerowi i zawodnikom Stali, jednak coś na rzeczy jest, bo to goście dominowali w tym spotkaniu: – Gra się po to, żeby był wynik i myśmy chcieli wygrać ten mecz. Jak najszybciej chcemy sobie zapewnić utrzymanie. Mecz był pod naszą kontrolą – stwierdził trener Dobi. – Determinacja i wola walki została nagrodzona zwycięstwem – krótko ocenił trener Górnika.

Bytovia Bytów – Resovia 1:0

Mecz na papierze zapowiadał się dobrze, ale koniec końców nie było to jakieś niesamowite spotkanie. To nasze zdanie, ale jeszcze większy problem z ustaleniem, kto był lepszy i kto zasłużył na trzy punkty, mieli głowni aktorzy tego pojedynku. – Kibice zgromadzeni na stadionie i przed telewizorami lub komputerami mogli się przekonać, jak piłka nożna może być niesprawiedliwa. W mojej opinii wynik nie jest zasłużony. Najbardziej sprawiedliwy byłby remis – to zdanie Szymona Grabowskiego. – Nie pomogliśmy szczęściu, przeciwnik chciał bardziej. Czegoś brakło i musimy się zastanowić, czego. Stracone tu punkty bolą – mówił niezadowolony szkoleniowiec gości. Wtórował mu Maciej Zapytowski – Myślę, że cały mecz przeważaliśmy, nadawaliśmy tempo grze. Nieco bardziej wyważony był Sebastian Zalepa – Z mojej perspektywy mecz był wyrównany. A zupełnie innego zdania był Daniel Feruga: – Mecz był pod kontrolą. Ciężki rywal. Myślę, że to 1:0 zasłużone. Co do jednego wszyscy byli zgodni. W końcówce meczu trzy punkty uratował Maciej Gostomski, któremu krótką recenzję wystawił wspomniany Feruga: – Maciek udowadnia, że jego miejsce jest wyżej, a nie w drugiej lidze.

Olimpia Elbląg – GKS Katowice 3:1

To było arcyciekawe spotkanie zespołów przetrzebionych plagami kontuzji i chorób. Sporą część pomeczowych wypowiedzi szkoleniowców zajęło wyliczanie kolejnych nazwisk, które zagrać w 22. kolejce nie mogły, lub gać nie będą w kolejnych meczach. Kluczowym momentem okazał się strzelony na 1:1 karny, po którym goście postanowili ruszyć odważnie do przodu. – Suma summarum GKS zagrał po tym golu bardzo ofensywnie, co dało nam okazje, aby strzelić dwie bramki – uśmiechał się Adam Nocoń. Czy więc nie był to błąd GKS? – Ciężko jest to zatrzymać, kiedy staramy się wpajać zawodnikom ochotę do gry ofensywnej. Trzeba mieć twardą dupę i przyjąć z pokorą tę porażkę – krótko uciął w swoim stylu Rafał Górak. – Dopóki tu jestem, nie będziemy kalkulować. Będziemy w każdym meczu chcieli wygrać. Niekiedy łeb zleci, ale taka jest piłka. Absolutnie nie czułem się w roli faworyta, jadąc do Elbląga. Nadal jednak będziemy walczyć, aby wygrać tę ligę – jasno deklarował szkoleniowiec gości. – Czy świetny początek Olimpii oznacza również walkę o awans? – Hurraoptymizm tonujemy, bo ta liga zweryfikowała już nie jeden zespół – tonował nastroje trener gospodarzy.

Górnik Łęczna – Widzew Łódź 1:2

Do wicelidera przyjeżdża lider. I co? I dla obu zespołów było to spotkanie na poprawę nastrojów po falstarcie w poprzedniej kolejce. Trener Kaczmarek wyjaśniał: – Wygraliśmy bardzo ważny mecz na szczycie. I szybko dodawał: – Biorąc pod uwagę skalę trudności i to, że wcześniej na własne życzenie zremisowaliśmy z Olimpią, zdawaliśmy sobie sprawę, że to będzie szalenie istotne spotkanie. W podobnym tonie wypowiadał się Kamil Kiereś: – Stawką tego meczu była gra o fotel lidera i z takim założeniem do niego przystąpiliśmy. Potem szkoleniowiec gospodarzy kontynuował — Musieliśmy przygotować drużynę do takiego spotkania po wpadce z Elaną, dlatego ta skala była dla nas potrójnie trudna. A co o samym meczu? Górnik zaczął lepiej pierwsza polowe, Widzew lepiej ją skończył. A w drugiej części gospodarze atakowali, a goście grali „niskim pressingiem”. Bramek z tego nie było, więc cel osiągnął Widzew. Tyle że spora przy tym zasługa Wojciecha Pawłowskiego, który przyznał: – Nie zawsze ten wynik się utrzyma, dzisiaj się nam poszczęściło.

Gryf Wejherowo – Znicz Pruszków 1:0

W niedzielne popołudnie Znicz zaprezentował występ pod tytułem: „Jak przegrać wygrany mecz”. Na zegarze mijała właśnie 20. minuta gry, gdy z rzutu karnego w poprzeczkę wypalił Karol Noiszewski. A że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić, to 9 minut później Jakub Pek umieścił piłkę w bramce. Potem było jeszcze ciekawiej. Tuz przed przerwą drugą żółta i w konsekwencji czerwoną kartkę obejrzał Kamil Kankowski. Zawodnicy Znicza nie potrafili jednak tego wykorzystać, co gorsza sami zaczęli sobie komplikować sprawy. W 63. minucie do szatni schodził Paweł Tarnowski, po tym, jak sędzia Piotr Idzik pokazał mu drugie „żółtko”. W 76. minucie wydawało się, że remis być musi. Kolejną jedenastkę wykonywał tym razem Marcin Bochenek i strzał był już lepszy, lecz poradził z nim sobie doświadczony Wiesław Ferra. – To był mecz, który często się nie zdarza. Może raz na tysiąc przypadków zdarza się sytuacja, gdy przeciwnik ma dwa karne, których nie strzela – kręcił głowa Łukasz Kowalski.

Share